środa, 30 września 2015

Black Sabbath - 2 lipca 2016 w Krakowie!

Zespół Black Sabbath wystąpi w moim pięknym rodzinnym mieście na pożegnalnym koncercie 2 lipca 2016 roku. Znakomita informacja! Bilety tanie nie są, ale przesady też nie ma, a krakowska Arena słynie z dość drogich wejściówek.

Golden Circle Early Entrance 
499,00 PLN
Golden Circle
349,00 PLN
Płyta
249,00 PLN
Trybuny Premium
399,00 PLN
Trybuny Dolne
330,00 PLN
Trybuny Górne
330,00 PLN
Trybuny Górne
299,00 PLN
Trybuny Górne
249,00 PLN
(wg serwisu: www.ticketmaster.pl)




Fani i potencjalne koniki - o bilety na to wydarzenie zaczną walczyć od piątku 2.10 - godz.10. Nadchodzi historyczne, przełomowe i z pewnością niesamowite wydarzenie - miłośnik rocka musi tam być!

wtorek, 29 września 2015

Jerry Lee Lewis - 200 lat!

Dzisiaj 80. urodziny obchodzi jeden z zapomnianych królów rock'n'rolla - tego szczerego, prawdziwego, bezkompromisowego i genialnego w swojej prostocie pragatunku. Żyj jeszcze długo i nagrywaj, ile możesz!

Muzyka na dziś - oczywiście winyl z hitami Killera





czwartek, 24 września 2015

Iggy & The Stooges - Ready to Die – recenzja

Iggy Pop wyznał kiedyś, że zawsze był nudystą i nie przepada za ubraniami. Teraz półnagi ogłasza, że jest gotowy na śmierć. Czyżby?




Iggy Pop, kolejny z moich wizerunkowych ulubieńców na „starość” jak widać świetnie się bawi. A pomyśleć, że kiedyś jako młodzieniec grał sobie na perkusji, nie z żadnymi „ofiarami” czy „popychadłami” (ang. „stooges”) tylko z grupą, zwaną The Iguanas. Serio, kupujecie to, zespół który miał zrewolucjonizować muzykę popularną miałby nazywać się Iguanas? Podobnie z Iggym, wyobrażacie sobie żebyśmy dziś mówili o protoplaście punka, używając jego prawdziwego imienia i nazwiska, mianowicie – James Osterberg. Otóż to…

Już nazwa zespołu, który zapisał się w historii rocka oraz pseudonim artystyczny lidera mają istotne znaczenie dla ich kariery. Iguana, jak początkowo szydercy nazywali Amerykanina stał się Iggym, w dodatku Pop-em i rozpoczął przekraczanie granic oraz burzenie dotychczasowych barier. Jak błyskotliwie zauważył Paul Trynka, autor biografii „Open Up & Bleed” w czasie, gdy Iggy niszczył granice „między pierwotnym szaleństwem a ideą czystej sztuki, Marilyn Manson bawił się jeszcze w pampersach swoim siusiakiem”. 

Otrzymaliśmy kolejny, interesujący muzyczny obiekt. Możemy płytę „Ready to Die” analizować "kawałek" po "kawałku", ale nie to jest moim zamiarem. Ciekawszy jest tutaj bohater - od dawna uznawany za legendę, mógłby właściwie tylko opowiadać pikantne historie ze swojego życia, udzielać wywiadów-oceanów i zbierać laury.

A tu nie ma lekko, Amerykanin daje pełne szalonej energii koncerty i nagrywa interesujące, choć bardzo osobliwe albumy, niedawno solowy krążek „Après” z dość komicznymi aranżacjami rozmaitych przebojów, a tym razem wraz z The Stooges - „Ready to Die”. Dostajemy na najnowszym wydawnictwie chwytliwe, proste riffy, melodyjne refreny, instrumentalne brzmienia, będące echem Franka Zappy czy Davida Bowiego oraz przepełnione sarkazmem Iggy'ego teksty - z tej półki warto posłuchać m.in. „Sex and Money”, „Job”, czy wprowadzającego w lekko hipnotyczny trans „Burn”.

Usłyszymy też głębokie, "życiowe" historie z ożywczym podkładem muzycznym, np. w „Dirty Deal” oraz ballady! Tak, ballady są najbardziej rozbrajające, szczególnie „Unfriendly World”, dźwiękowo-słowna komedia. Przy „The Departed” cyniczni wrażliwcy, mający jeszcze kaca może uronią łzę, ale kto zna historię Iggy'ego ten pewnie lekko się uśmiechnie i pogrąży w "zadumie" przy tym utworze.

Tekstowy majstersztyk „Dd’s” wzbogacony dodatkowo wyraźnym beatem i basem, pełen feelingu mógłby natomiast stać się obiektem dogłębnej analizy teoretyków kultury, szczególnie pasjonatów szkoły psychoanalitycznej, dlaczego? Najlepiej zacytujmy klasyka - autentyka: I'm on my knees for those DD's, Why tell a lie, I am stupefied i jeszcze, wieńcząca pieśń - filozoficzna, niemal mistyczna apostrofa do Boga: God, you're no freud, These are my toys. Think about them every night and day. Otóż to - Maestro Pop.




7/10
Ready to Die
Iggy & The Stooges
Rok: 2013
Dystrybutor: Mystic Production
Fot. Materiały prasowe.

piątek, 18 września 2015

Kid Rock – Rebel Soul - recenzja

Kid Rock wyznaczył sobie, przy nagrywaniu płyty „Rebel Soul”, bardzo prosty do zrealizowania cel. Chciał wydać album pełen hitów. My tu sobie żartujemy, a swoją drogą przydałby się wreszcie rockowy krążek z samymi hitami.



Po części się to naszemu amerykańskiemu (do szpiku kości) rap-rockowemu dziecku udało. Można się zgodzić z innym stwierdzeniem autora materiału, które widnieje nawet na okładce „Rebel Soul” - że nie jest to najlepsza płyta, jaka została nagrana, ale w jego skromnej opinii, i tak jest zarąbista.

Muzyka buja od samego początku. Kawałek o zabawnym tytule „Chickens In the Pen” jest świetnym otwarciem, czuje się tu beat, czuje się wokal i chórki, czuje się amerykańskie kurczaki, czuje woń amerykańskich kobiet, czuje się Amerykę! Chyba, że się nie czuje, wtedy należy wysłuchać drugiego utworu z płyty - „Let’s Ride”, który jest dedykowany amerykańskim żołnierzom. Do tego jeszcze można odpalić klip i już się nic nie czuje, tylko Amerykę! To radiowy numer z chwytliwym refrenem, muzycznie może nieadekwatny do bardzo patriotycznego, politycznego tekstu. Jednak to dobry utwór i soczyście amerykański!

To ciekawe, jaka będzie reszta... Z czym się mogą kojarzyć tytuły, takie jak „Detroit, Michigan”, „Cuccie Galore” czy „Redneck Paradise”? No przecież nie z Uzbekistanem, jasne że z Ameryką. Posłuchajcie tekstów na tej płycie - mieszanka whiskey, "panienek", kurczaków, żołnierzy, ginu i kokainy.

Może Kid Rocka lubi się za otwartość i szczerość? Może za tą amerykańską manię na punkcie jego ojczystej ziemi i wszystkiego, co ta gleba zrodziła? Trudno powiedzieć. Mnie przekonuje jego bezpośredniość i nieustępliwość. Faza na rap – to gramy rap, faza na country – nie ma problemu, faza, aby wykonać „Ramble On” Led Zeppelin w trakcie 35. uroczystości Kennedy Center Honors – no problem, faza na rock’n’rolla – w porządku. Tę ostatnią poczuliśmy najmocniej na „Rebel Soul”, choćby w świetnym, energicznym, rozbudowanym „Mr.Rock’n’Roll”. Mógł sobie tylko ten arcy-Amerykanin odpuścić ballady, szczególnie mdły utwór „The Mirror” z koszmarnym efektem auto-tune (ratuje go tylko solówka). Zresztą mi do spokojnego, nastrojowego grania - Kid Rock nie pasuje, nie wierzę mu i nie chce takich historii słuchać.

Generalnie, dzięki Kid za sporo dobrej, dziarskiej muzyki; dzięki za życzenia w „Happy New Year”, w Sylwestra na pewno kilka kawałków z płyty „Rebel Soul” można odpalić.




7/10
Kid Rock
Rebel Soul
Rok: 2012
Dystrybutor: Warner Music Poland
Fot. Materiały prasowe.

środa, 16 września 2015

Billy Gibbons - w solowej odsłonie!

Jeden z trzech klasyków, tworzących ZZ Top postanowił wydać solową płytę, zatytułowaną "Perfectamundo". Album niebawem trafi na rynek, tymczasem słynny brodacz prezentuje klip do jednego z utworów z nadchodzącej produkcji. Mamy tutaj do czynienia z niespotykanym obliczem Gibbonsa - charakterystyczny, dojrzały wokal Amerykanina w zderzeniu z rytmami kubańskimi, ciekawostka:






sobota, 12 września 2015

Hollywood Vampires - Hollywood Vampires - recenzja

Hollywood Vampires to konglomerat wszystkiego, co w rocku niezawodne: wybornych muzyków, genialnych utworów, znakomitych aranżacji, zabawy muzyką z zachowaniem należytego szacunku dla rock'n'rollowej tradycji i kultury.

Skąd pomysł na Hollywood Vampires? Chodziło o wskrzeszenie pamięci o nieformalnym klubie, powstałym na początku lat 70-tych, na piętrze popularnej knajpy Rainbow Bar & Grill, która była miejscem spotkań wielu gwiazd rocka mieszkających bądź odwiedzających Los Angeles.

Album, utworem pt. "The Last Vampire" otwiera jeden z najpotężniejszych głosów kina, sam Christopher Lee - genialne wprowadzenie legendy, które zapowiada mistrzowski materiał. Nazwiska, które pojawiają się na tej płycie, m.in. Alice Cooper, Brian Johnson, Joe Perry, Slash, Johnny Depp (ten poczuł powołanie do muzyki, ale umówmy się aktorem na zawsze pozostanie lepszym niż muzykiem, choć oczywiście nazwisko przyciąga uwagę do produkcji), Duff McKagan, Matt Sorum, Dave Grohl, Tommy Henriksen, Robby Krieger, Paul McCartney czy Joe Walsh mówią same za siebie - ikony rocka. Na warsztat muzycy wzięli, m.in. przeboje Led Zeppelin, The Who, Floydów, The Doors, T. Rex, Hendrixa czy Lennona. Co z tego wyniknęło?

Sporo na tym albumie (auto)ironii ("My Dead Drunk Friends"), żartu połączonego z interesującym konceptem ("Whole Lotta Love", "School’s Out/Another Brick In The Wall pt.2"), dobrego i ciekawie zaaranżowanego grania ("Five to One/Break On Through") oraz żartu ("Cold Turkey", "Itchycoo Park"). Chyba główną dominantą jest tutaj jednak humor - wokal Coopera ma w sobie niezbywalny pierwiastek prześmiewczej ironii - prekursor shock rocka "śpiewający" Hendrixa czy wokalne partie Planta? To musi bawić. I bawi, ale dodatkowo świetnie się tego słucha. A jakby samego Alice'a było mało - w dwóch utworach pojawia się jeszcze gościnnie Brian Johnson, którego poza AC/DC raczej trudno gdziekolwiek złapać (oczywiście pomijając tory rajdowe i salony samochodowe) - dodaje on wyjątkowego charakteru szczególnie w coverze "School’s Out/Another Brick In The Wall pt.2".


Hollywood Vampires - wampiry rock'n'rolla spotkały się po latach, żeby wspólnie się zabawić i do tego pograć.  Minusy? Brak choć jednej wampirzycy w męskim towarzystwie (choćby Joan Jett) i pierwiastka boskiego - w końcu Lemmy Kilmister, stały bywalec Rainbow, mieszkaniec L.A. zdecydowanie powinien odcisnąć na tym materiale podeszwę swoich czarnych kozaków. Ale kto wie, może Wampiry obmyślają już kolejną odsłonę...





8/10
Hollywood Vampires
Dystrybutor: Universal Music Polska
Fot. Materiały prasowe

piątek, 11 września 2015

Airbourne - Black Dog Barking – recenzja

Do wszystkich narzekaczy i malkontentów, którym wydaje się, że rock’n’roll umarł. Mylicie się okrutnie! Przede wszystkim prekursorzy tego gatunku nagrywają płyty i koncertują do dziś. Ponadto młode zespoły jak Airbourne ukończyły Wyższą Szkołę Rocka i wspaniale kultywują tradycję, dając czadu!



Ta płyta rockuje, z założenia miała rockować i będzie rockować przez lata. Muzycy Airbourne mówili przy okazji ich pierwszej płyty "Runnin’ Wild", że początki nie były łatwe, grali ponoć nie taką muzykę, jakiej oczekiwano. Na szczęście duch, najprawdopodobniej Bona Scotta zamieszkał w ich umysłach i duszach, i wiernie grają rock’n’rolla.

Trzecia płyta, zatytułowana "Black Dog Barking" to znowu pełen, spójny zestaw – dynamizm, ruch, żywioł, szybkość, zadziorność widać w każdym elemencie – od okładki przez tytuły utworów i teksty, aż do samej muzyki. Tytuł albumu znaczący, jak wyjaśnił perkusista składu Ryan O’Keeffe, black dog jest symbolem wytrwałości, oni sami są czarnymi psami, wytrwałymi i nieustępliwymi, poza tym kojarzy się z wyśmienitym utworem Led Zeppelin, co raczej na zły odbiór nie wpływa.

Nawet gdyby była to pierwsza płyta australijskiego kwartetu mogłaby spokojnie zostać w całości wykonana na niedługim koncercie. Słuchając tych utworów miałem wrażenie, jakby w zasadzie było to nagranie live. Zmieniłbym tylko kolejność wykonywania numerów. Idealnie na otwarcie koncertu nadaje się intro „Live It Up”, powoli dźwięki atakują widownię, tworząc w ich umysłach oczywiste nawiązanie do mistrzów z AC/DC, wchodzi druga gitara (51. sekunda – publiczność z ciarkami na plecach, wciąż ciemno na scenie, "grają" tylko instrumenty), zaraz stopa (55. sekunda – światła na perkusję), budowanie napięcia i od pierwszej minuty i 22. sekundy rozpoczyna się szaleństwo. Świetny utwór, genialna w swojej prostocie kompozycja.

W ogóle wstępniaki w kolejnych utworach są już dużą wartością, choćby sympatyczne rozwiązanie w "Ready To Rock" z chórem śpiewających fanów, czy pozornie spokojniejsze, pierwsze akordy w "Cradle To The Grave". Każdy numer na tej płycie ma moc i energię, bo też o to chodzi w tym gatunku, dźwiękowe "aluzje", czy jak kto woli świadome pożyczki z zespołów, takich jak AC/DC, Krokus, Motörhead, Slade i wielu innych są oczywiste i klarowne. I tak właśnie ma być, młody zespół dla młodego pokolenia, czerpiący z klasyki – świetnie. 

Brian Johnson w swojej autobiografii "Gaz do dechy" stwierdził, że trasa z kapelą bywa nudna, a ekscytujące są dwie godziny wieczorem. Z tego powodu ma zawsze przy sobie ulubione, motoryzacyjne pisma. Jakoś trudno mi uwierzyć, żeby trasa koncertowa AC/DC nawet czasem bywała nudna, może to kwestia ich wieku i już przeżytych doświadczeń. Podejrzewam jednak, że chłopaki z Airbourne zarówno w trasie, jak i w studiu bawią się świetnie, na pewno słychać to na "Black Dog Barking".





8/10
Airbourne
Black Dog Barking
Rok: 2013
Dystrybutor: Warner Music Poland
Fot. Materiały prasowe

środa, 9 września 2015

Led Zeppelin - Celebration Day – recenzja

Zorganizuj sobie ponad dwie godziny wolnego czasu, wyślij wszystkich, którzy mogą Ci wtedy przeszkadzać do sklepu, ciotki, pradziadka czy sąsiadki. Ustaw głośno sprzęt grający i świętuj ten dzień z "Celebration Day".




Może niemodne jest w obecnych czasach zachwycanie się w  grupami, które rozpoczynały działalność pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Tyle dookoła rozmaitej muzy, popu, hiphopu, metalu, techno, disco-popu, metalohip-hopu, rapcoro-jazzpopu, dla każdego coś innego, dla każdego innego coś oryginalnego.

Wiele nowych zespołów chce za wszelką cenę szokować, odznaczać się nowoczesnością, hipsterskością, czy jak to tam zwać. Na szczęście istniały grupy (i niektóre nadal istnieją), które były ponad tymi wyznacznikami. Jeżeli chcesz usłyszeć genialne riffy, partie klawiszowe, basowe i perkusyjne, którymi inspirują się tysiące współczesnych artystów. Jeżeli interesuje Cię forma muzyczna, wirtuozerskie wręcz zestawienie słowa, dźwięku i obrazu. Jeżeli liczy się dla Ciebie czysta Muzyka, a nie - przerysowana, udawana i, co za tym często idzie nieudolna kreacja. Jeżeli oczekujesz solidnych, muzycznych doznań. Wreszcie, jeśli chcesz usłyszeć i ujrzeć spersonifikowany Rock

Zorganizuj sobie ponad dwie godziny wolnego czasu, wyślij wszystkich, którzy mogą Ci wtedy przeszkadzać do sklepu, ciotki, pradziadka czy sąsiadki. Ustaw głośno sprzęt grający i świętuj ten dzień z Celebration Day. Materiał DVD, zatytułowany „Celebration Day” to komunikat samoistny. Niepowtarzalny, elegancki, świetny koncert Led Zeppelin, zespołu, którego nie wypada już dziś przedstawiać odbył się w Londynie w 2007 roku. Muzycy wystąpili w hołdzie dla Ahmeta Erteguna, założyciela wytwórni Atlantic dla której Anglicy nagrywali genialne albumy.

Lista utworów i dwa promujące materiał klipy, „mówią” same za siebie. Tego nie trzeba dokładnie recenzować (może nawet byłoby wstyd – to tak, jakby krytyk mody oceniał stylizację Jezusa Chrystusa). Ten dokument odbiera się intymnie. Dla mnie perfecto.




CD 1
1. Good Times Bad Times
2. Ramble On
3. Black Dog
4. In My Time of Dying
5. For Your Life
6. Trampled Under Foot
7. Nobody’s Fault But Mine
8. No Quarter

CD 2
1. Since I’ve Been Loving You
2. Dazed And Confused
3. Stairway To Heaven
4. Song Remains The Same
5. Misty Mountain Hop
6. Kashmir
7. Whole Lotta Love
8. Rock And Roll

Celebration Day
Led Zeppelin
Rok: 2012
Dystrybutor: Warner Music Poland

wtorek, 8 września 2015

ZZ Top - La Futura - recenzja

Niedawno panowie z ZZ Top odwiedzili nasz kraj, a jak prezentuje się ich ostatnia studyjna płyta? Odkopana recenzja poniżej (tekst z 2012):

ZZ Top - La Futura - recenzja

La Futura” to najnowsze muzyczne dziecko trójki leciwych muzyków – dwóch brodaczy i jednego z nazwiskiem „Beard”. To dobrze wychowane dziecko.




Funkcjonują od 43 lat, bez żadnych przerw i zmian personalnych. Od lat, zgodnie ze swoimi gustami grają dobrego blues-rocka – i szczęśliwie na nowym krążku robią to, co wydaje mi się, lubią najbardziej – bawią się muzyką.

Kosmiczne granie
Lider grupy, maestro Billy Gibbons w jednym z wywiadów, jeszcze przed wydaniem płyty opowiedział historię, o tym jak utwór „Flying High” znalazł się w kosmosie i wyciekł do Internetu. Przeszukałem jak najszybciej sieć, znalazłem, posłuchałem i osłupiałem, Wokal w porządku, brzmienie stylowe, ale refren – jakiś chórek, jakieś rozciągnięte „whyyy, whyyy…”, dobra - śmieszny żart, ale szczerze bałem się, że podobne eksperymenty wypełnią całą płytę.

Hip-hopowcy po sześćdziesiątce
Kolejny news z obozu ZZ Top – nagrywają hip – hopowy kawałek „I Gotsta Get Paid”, cover Dj DMD Feat. Lil Keke and Fat Pat. Ten „joke” od początku traktowałem z przymrużeniem oka, odpalam i owszem piosenka oparta na hip-hopowym tracku, ale w stylizacji bluesowych brodaczy, wpada w ucho, oryginalnie, z poczuciem humoru. 

Wracamy do korzeni
Ukazuje się płyta, zaczynam od przesłuchania „Flying High”, jakby nie wierząc, że naprawdę wersja z popowymi chórkami dostała się na krążek – i okazuje się, że zmienili aranżację, teraz mamy - prosty, chwytliwy riff, w stylu Rolling Stones czy AC/DC, żartobliwy tekst, z ironicznymi wstawkami (to uniwersalna poetyka ZZ top) i niski, zachrypnięty wokal Gibbonsa. Świetny i energiczny utwór. Podobnie – „Consumption”, krótko, melodyjnie, na temat. Kolejna perełka – „I don’t Wanna Lose, Lose You”, rodzaj bluesowego grania, jakiego mogę słuchać godzinami. Są też spokojne, nastrojowe ballady „Over You” oraz „It’s Too Easy Manana", idealne na refleksyjny wieczór przy szklance szkockiej. A dla miłośników harmonijki amerykańskie trio przygotowało świetny „Heartache In Blue”, gdzie, nie po raz pierwszy, Gibbonsowi pomaga wokalnie, basowy zespołu - Dusty Hill. Bonus tracki mogłyby spokojnie znaleźć się na płycie jako kolejne utwory, chwytliwe, żywiołowe, zarówno „Threshold Of A Breakdown” jak i „Drive by Lover”.

Uważam tę płytę za jedną z lepszych w dorobku ZZ Top. Jeśli ktoś lubi Bonamassę, czy modny obecnie The Black Keys, a nie zapoznał się jeszcze z ostatnim wydawnictwem trójki klasyków to zdecydowanie zachęcam do przeniesienia się na ok. 45 minut do teksańskiego pubu ze znakomitą bluesową muzą.




8/10
La Futura
ZZ Top
Rok: USA 2012
Dystrybutor: Universal Music Polska
Fot. Materiały prasowe

poniedziałek, 7 września 2015

Clutch - Earth Rocker - recenzja

Wkrótce ukaże się nowa płyta Clutch, zatem to dobry moment, aby powspominać ostatni z wydanych albumów studyjnych wciąż nieodkrytego w naszym kraju znakomitego zespołu.

Clutch - Earth Rocker - recenzja




Clutch to amerykańska grupa, wykonująca muzykę inspirowaną klasycznym rockiem, stoner rockiem, blues rockiem - grająca na pewno, bez wchodzenia w etykietki - muzykę hard. I oczywiście w tym miejscu mógłbym napisać – grająca rocka, jak miliony zespołów na całym świecie i co w tym szczególnego? Niech grają, Bóg z nimi. Ale to jest grupa, która ma w du… paragrafy, która jest jak bulterier, jak wściekły byk, jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”.

Panowie grają ponad 20 lat, Neil Falon, wokalista, ale też instrumentalista razem ze świetnym gitarzystą Timem Sultem trzymają zespół za pysk. Każdy instrument jest słyszalny w ich muzyce, tak samo ważny jest wokal, jak perkusja czy organy. Muzycy wymieniają się tylko pozycjami, raz na pierwszy plan wysuwa się harmonijka, by po chwili ustąpić miejsce gitarze, ale wszystko jest spójne, przemyślane i profesjonalne. Wydali już kilkanaście płyt, w tym studyjne i koncertowe. Ostatnio ukazał się ich nowy krążek, zatytułowany „Earth Rocker”. Muzyka Clutch ewoluuje, lider grupy stwierdził przy okazji najnowszego wydawnictwa, że to prawdopodobnie najszybsza płyta, jaką nagrali - z tym stwierdzeniem można zapewne spekulować, ale jedno jest pewne, jeśli ktoś jest zakochany w stylistyce ostatniej płyty Davida Bowiego to niech chwilę odczeka, zanim włoży do odtwarzacza krążek „Earth Rocker”.

Tytułowy utwór wprowadza nas przez ciężkie, żelazne wrota do kopalni dźwięków, głośno tam, walą się kamienie, gitary z perkusją młócą nieprzejednanie. Wokal Falona przebija się jednak przez instrumentarium w "Crucial Velocity" - nie tylko barwa głosu tego gościa, ale także ekspresja i jego wyczucie muzyczne wzbudza we mnie pełen szacunek. Natomiast genialne unisono harmonijki z gitarą, zaprezentowane w najlepszym  - w według mnie - utworze płyty - "D.C. Sound Attack!" wprawia w niesamowite wibracje. Utworów, w których jest ewidentny drive nie brakuje, przykłady: "Unto the Breach" – swoją drogą bardzo melodyczny, "Book, Saddle, And Go" czy "Cyborg Bette" z żartobliwym, i ironicznym tekstem.

Wspólna trasa koncertowa z Thin Lizzy i Motörhead faktycznie wywarła wpływ na motywacje muzyczne panów z Clutch i ciężko się dziwić... Jestem szczęśliwy, że muzycy średniego pokolenia, czerpiący od pokolenia classic - potrafią, nie tylko kultywować tradycję hardrockową, ale jeszcze odznaczać się własnym stylem i nagrywać nowe, niepowtarzalne dźwięki, które będą z nami przez lata. Od spokojnego, lekko demonicznego, wokalnie przejmującego i instrumentalnie kapitalnego "Gone Cold" nie mogę się uwolnić, już od pierwszego przesłuchania i zapewne długo się nie uwolnię.

Polecam posłuchać Clutch zdecydowanie każdemu. Osoby, które wolą wolniejsze numery odsyłam najpierw do utworu „Regulator” ze świetnego albumu „Blast Tyrant”, mistrzowskiego hard-rock’n’rolla usłyszycie w "The Mob Goes Wild" z tej samej płyty, zaś rockersi powinni być usatysfakcjonowani Earth Rockerem. Ja jestem.



8/10
Clutch
Earth Rocker
Rok: 2013
Dystrybutor: Mystic Production
Fot. Materiały prasowe.

niedziela, 6 września 2015

Aerosmith - Music From Another Dimension - recenzja

Kolejna odkopana recenzja, tym razem klasyków amerykańskiego rocka - Aerosmith (tekst z 2012r.):




W jaką stronę poszedł zespół, którego hity znają nawet niemowlęta, mające dopiero kilka godzin życia na swoim koncie? Czy grupa, której nazwa jest jak znak towarowy udźwignęła balast oczekiwań milionów fanów? Aerosmith, why?

Steven Tyler po wydaniu singla "(It) Feels So Good", będącego zapowiedzią jego solowej płyty wyznał, że melodię i słowa napisał "w jakieś dwie godziny". Gdyby w takim tempie pracowali nad krążkiem "Music From Another Dimension" skończyliby po trzech dniach! Oczywiście, grupa Aerosmith to megagwiazda, muzycy robią co chcą, gdzie chcą i kiedy chcą. Czekaliśmy 8 lat… Według mnie bardzo długo, bo zespół - szczególnie taki, który ze sprzedażą swojej twórczości nie ma problemów powinien fanów zadowalać często i regularnie. Ale z drugiej strony trzeba docenić, że w ogóle weszli do studia, mogli odcinać kupony i wydać kolejny „The Best Of…”. 

Sporo tej muzyki dostaliśmy. 15 kawałków. Są balladki, chwytliwa „What Could Have Been Love”, abstrakcyjna „Another Last Goodbye” (chodzi mi tu o niespodziewane piski Tylera, wkomponowane w melancholijne pianino – może rozbawić), rozpaczliwa, smutna "We All Fall Down", z każdego skina wyciśnie 88 litrów nieskazitelnie czystych łez – gwarantuję. Mamy coś jeszcze? Pewnie! Rap mamy! Gdzie? W kawałku o niezwykle intrygującym tytule „Beautiful”, spokojnie są tam też balladowe wstawki i Steven - sex-szeptem wypowiadający tytułowe słowo do każdego z nas, ech...

I wreszcie pora na rock’n’rolla! Kilka uderzeń w bębny i jedziemy szybkim wózkiem w rytmie „Lover Alot”. Broni się też, promujący płytę „Legendary Child”, choć kojarzy mi się z czołówką „Mody na Sukces”. Jest też do niego teledysk, "niezrównoważony" jak wszystkie, w których Steven szamota się w swoich luźnych, kolorowych fatałaszkach. „Street Jesus” przyciąga kompozycją, werwą, dobrą gitarą i sprawdzoną techniką refrenu.

Ta płyta potrafi zabujać, pewnie niejedna istota się w niej zabuja, ktoś się wynudzi, a inny tylko pomarudzi. Minusy na pewno za czas oczekiwania, za to, że mogłoby być ciekawiej, za to, że nie ma hiciora pokroju „Dream On” czy „Livin' On The Edge”. Fanów przekonywać nie trzeba, bo i tak będą zachwyceni. Sceptykom polecam najpierw poszukać (tak w ramach rozgrzewki) sławnego gościa, który udziela się w jednym z utworów - chodzi o Johnny'ego Deppa. Faktycznie jest to muzyka z innego wymiaru - wejdźmy do niego i przekonajmy się, jak długo tam zostaniemy.





7/10
Aerosmith
Music From Another Dimension
Rok:  2012
Dystrybutor: Sony Music Entertainment
Fot. Materiały prasowe.

sobota, 5 września 2015

Kim Nowak - Wilk – recenzja

Kolejny z odkurzonych tekstów (pochodzący z 2012r.) - zapraszam:


Kim Nowak - Wilk – recenzja




Świetnie się złożyło, że grupa Kim Nowak wydała płytę „Wilk”. Surowo tu, chropowato, garażowo – wspaniale.

To płyta naszpikowana różnorodnymi aluzjami kulturowo-muzycznymi. Słychać w tej muzyce nie tylko echa The Black Keys, ale przede wszystkim dźwiękowe klimaty silnie związane z twórczością genialnego, polskiego, bluesowego prekursora - grupy Breakout. Postacie, które mogą się objawić słuchaczowi tych wilczych tworów to m.in. Tom Waits (przykładowo w „Nocy”) czy Quentin Tarantino – serio, myślę, że gdyby Quentin planował nagrać kolejnego Grindhouse’a to mógłby być zainteresowany którymś z kawałków „Wilka”, choćby otwieraczem, zatytułowanym „Lodowiec Gigant”. 

Dużo na tej płycie dobrych, sprawdzonych chwytów i riffów. Czuje się ten brudny, garażowy klimat, jest groove, są konkretne, głębokie uderzenia w perkusję, jest zmienne tempo, energia, styl. Właśnie styl i rodzaj charyzmatycznej aury wokół tej muzyki, najbardziej mnie przekonują. 

Boski wstęp do „Skrzydeł”, kojarzący się z utworem „Brave New World” Motörhead – kupiłem od razu. A żeby było zabawniej, w oldschoolowym „Prosto W Ogień” śpiewa gościnnie Izabela Skrybant-Dziewiątkowska, to taka sympatyczna pani, która udziela się w zespole znanym i chętnie słuchanym – podejrzewam jednak, że głównie przez starsze pokolenia - mianowicie Tercecie Egzotycznym. Sam utwór wypada naprawdę dobrze, a pani Izabela może da się lepiej poznać młodej publice, dzięki współpracy z braćmi Waglewskimi.

Ojciec tychże, pan Wojciech pewnie jest usatysfakcjonowany robotą synów, szczególnie że sam wraz z Voo Voo wydał w tym roku (2012) - „Nową Płytę”. „Wilk” wypuszczony przez grupę Kim Nowak to muzyczne zwierzę - nieokiełznane, drapieżne, mięsożerne, ba, padlinożerne, lubiące się wytarzać w piasku lub garażowym kurzu i czerpać z tego, nie lada przyjemność. Wyobrażacie je sobie? To teraz posłuchajcie…




8/10
Kim Nowak
Wilk
Rok: 2012
Wydawca: Universal Music Polska
Fot. Materiały prasowe.

piątek, 4 września 2015

Gomor - Apocalyptic Rise – recenzja

Dawno temu na jednym ze studenckich portali internetowych zamieściłem kilka tekstów. Jako, że portal już nie istnieje, a artykuły przepadły - postanowiłem wskrzesić kilka z nich i opublikować w tym miejscu. Jako pierwszą prezentuję recenzję debiutanckiej płyty grupy Gomor, tekst został napisany na początku 2013r.: 


Recenzja:


Gomor - Apocalyptic Rise – recenzja: 


Słynna anegdota w świecie rock’n’rolla brzmi: kto wygrałby pojedynek wrestling, Lemmy czy Bóg? Lemmy! – Źle. Bóg! – Źle. Odpowiedź – Lemmy jest Bogiem!mW Polsce odnalazło się, zatem Dziecko Boże!

Myślę tu o niejakim Compassie, lead – vocalu (charku) w Gomorze. Ich debiutancki album ukazał się 20.10.2012r. - nie było o nim głośno, a szkoda. Wiadomo, trudno wymagać, żeby pięciu gości, tworzących ten band od razu dostało zaproszenie do zagrania w finale "American Idol". Pewnie nawet by sobie tego nie życzyli (chyba, że Lemmy siedziałby w jury, tyle że wtedy program nazywałby się raczej American Bastard albo X- Motherfucker - to byłby zarąbisty program!).

Dość tych marzeń, zejdźmy na ojczystą glebę i powróćmy do muzyki, a właściwie do nazwy grupy. Wszechmogący Lemmy stwierdził w swojej autobiografii, że wierzy w zespoły, które mają nazwy jednowyrazowe, bo łatwo je zapamiętać. Ten warunek Gomor spełnia, choć szczerze mnie dziwi, że graficznie to jednak nie Gomör. Muzyków przedstawiać nie będę, zrobią to sami na koncercie, a zainteresowanych odsyłam na Facebooka (link).

Każdy, kto próbował coverować utwory Motörhead chyba zdał sobie sprawę, że nie jest to zadanie łatwe. Szczerze mówiąc, nigdy nie słyszałem dobrego coveru Motöra. Wszystkie są siłowe, sztuczne, nieautentyczne i nieudolne. Dlaczego? Bo to nie jest dobry zespół do coverowania i tyle. Oczywiście fani ucieszą się ze zbliżonych do oryginału coverów i warto ich posłuchać, ale "twórczość" cover-bandów, jak np. niemieckiego ACES HIGH jest dla mnie, co najmniej komiczna, a upodabnianie się wszystkich muzyków do ‘oryginałów’ to przegięcie.

Po tym wprowadzeniu – dziękuję Gomor, że nie ma na „Apocalyptic Rise” żadnego coveru. Dobrze, że macie swój naturalny image i wreszcie – świetnie, że nagraliście dobry album. Oczywiście, że kojarzy się z Motörhead, a z czym się ma kojarzyć, z zespołem Pstrokate Biedronki? Mocny, hipnotyczny otwieracz „Crazy Train” wprowadza nas do jaskini dźwięków Gomora. Tu i w wielu kolejnych utworach przepis na brzmienie jest podobny – szybkie zwrotki, masywne refreny, wyraziste, męskie solówki, techniczna, mordercza perkusja i ten anielski śpiew. Na wyróżnienie zasługuje, z pewnością „Rambler”, za rytmikę, tempo i fakt, że wpada w ucho. Poza tym świetnie brzmi „Crew From A Frozen Hell” - tu powala dynamika i włącza się syndrom Motöra, czyli ożywiające uczucie, przez które masz ochotę przebiec cały glob 973 razy, wypijając po drodze cysternę Danielsa. Ciężarem gitary i basu przytłacza zaś „Underworld” - adekwatnie dobrany tytuł. Świetny riff i piękne solo mamy w „Mountjoy Square”. Dostajemy też klasyczne, basowe otwarcie w „Medicinie Man”, a zamyka krążek rytmiczny i przebojowy „Like A Wolf”.

Skądś to wszystko znamy? Pewnie, że znamy, ale przecież tu nie chodziło o nagranie odkrywczego, przełomowego albumu. Tu w moim odczuciu chodziło o wykorzystanie istniejących już świetnych riffów, bogactwa klasyki hard rocka; czerpanie z tej rockowej studni; inspirowanie się mistrzami gatunku, przełożenie tego na nowe utwory i uderzenie w polski rynek muzyczny. Czekałem na taką płytę w Polsce. Dla wszystkich zainteresowanych krążkiem dwie rady techniczne przed odsłuchaniem. Odpalić katastrofalnie głośno, najlepiej na dobrym sprzęcie i katować kilkanaście razy – wejdzie. A sąsiedzi i niemowlęta niech się edukują muzycznie. Polecam!



8/10
Gomor
Apocalyptic Rise
Rok wydania: 2012
Dystrybutor: Fonografika
Fot. Materiały prasowe.

środa, 2 września 2015

Zdrowia Lemmy!

Wielka wrzawa wśród "fanów" rocka, bo niemal siedemdziesięcioletni Lemmy Kilmister ostatnio przerwał dwa koncerty, które grał razem z Motörhead...

Gówniarze siedzący przed laptopami albo młodziki z przystrzyżonymi bródkami, macając ekrany smartfonów wymądrzają się w tonie "trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść" - no chyba wiedział, skoro po zagraniu 3 utworów źle się poczuł i zszedł, nie? Dobra, już na poważnie - muzyk nie przerwał z powodu upojenia alkoholem, przesadzenia z narkotykami tylko z powodu nadszarpniętego zdrowia, które nie pozwala mu na taki wysiłek. Poza tym wrócił do fanów, przeprosił ich i pożegnał - zachował twarz, zrobił to z klasą.

Lemmy urodził się w 1945r.,  regularnie  koncertuje i nagrywa albumy, niedawno dał świetny występ w Warszawie - autentycznie żyje muzyką - takich jak on została może garstka. Ci "komentatorzy", którzy najgłośniej szczekają na pewno w wieku 70. lat będą jeździć z rockowym bandem po całym świecie, śpiewać i grać bez zająknięcia. Na płycie Aftershock był taki bardzo dobry utwór "Silence When You Speak To Me" - niektórzy powinni go dokładnie przesłuchać. A na dziś, żeby było na czasie - Thunder & Lightning (taki mdły utwór gościa, który jest ikoną rocka, ostatnią płytą skopał tyłki wszystkim "metalowym" młodym kapelkom, ale przez to, że jest w sile wieku - powinien jechać do domu, założyć kapcie i pooglądać przy piwku mecz w tv):



wtorek, 1 września 2015

Drżyjcie! Slayer i Cast The First Stone!

Przyznam szczerze, że nigdy nie byłem wielkim fanem Slayera, szanuję ich twórczość, ale cała otoczka wydawała mi się zbyt przesadzona. Z pewnością jednak jest to grupa, która perfekcyjnie potrafi wykreować swój wizerunek - to kompletny, przemyślany, ciężki konstrukt, a Kerry King i Tom Araya to już sztandarowe postacie w kulturze rocka. Premiera albumu "Repentless" już wkrótce, tymczasem mamy do odsłuchu kolejny, premierowy utwór. Jest ciężko, brudno i nieprzyjemnie - i chyba o to w tej maszynie chodzi.