Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polish rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polish rock. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 lutego 2017

Perfect - The Greatest Hits - recenzja

Wszystko ma swój czas /I przychodzi kres na kres… Tylko na Perfect jeszcze jakoś ten kres nie przychodzi. Ale to chyba dobrze...




Na polskim rynku jest to zespół określany jako "legendarny", "ikoniczny", "kultowy", etc. Panowie, wchodzący w skład grupy już dawno przyzwyczaili się do tych epitetów, a liczba koncertów jubileuszowych i podsumowujących, jak i nagród oraz laurów rozdawanych muzykom przez różnorodne podmioty, świadczy najlepiej o niemal posągowym statusie zespołu. Mitologizacja działalności artystycznej Perfectu postępuje, podobnie zresztą jak wielu innych polskich, "kultowych" grup.

Zespół jak dotąd wydał osiem płyt studyjnych, co nie stanowi spektakularnego wyniku, biorąc pod uwagę długoletnią (choć burzliwą) karierę grupy. Tym, co świadczy jednak o sile Perfectu, przez wszystkie lata jego aktywności to umiejętność tworzenia dobrych, (mniej lub bardziej) rockowych, przemyślanych utworów w ojczystym języku, a także szczera chęć do grania koncertów po całym kraju. Niewielu jest tak kompletnych wokalistów, jak Grzegorz Markowski - pod względem charyzmy, osobowości scenicznej, rockowego głosu i wizerunku.

A kompozycje? "Autobiografia", "Chcemy być sobą", "Nie płacz Ewka", "Idź precz", "Kainowe pokolenie", "Wszystko ma swój czas", itd. - zgromadzone na dwupłytowym (zawierającym łącznie 30 utworów) wydawnictwie "The Greatest Hits" - bronią się same. Kto nie zna tych piosenek? Kto nigdy nie słyszał o grupie Perfect? To zespół, którego muzyka, łączy pokolenia Polaków i co ważne - to formacja, która nie składa broni, w ciągu ubiegłych sześciu lat wydała dwa albumy studyjne, "The Greatest Hits" to tylko (mniej lub bardziej) potrzebna pieczęć przybita w karierze zespołu. "To jakiś rodzaj uzależnienia, ale chyba takiego najpiękniejszego, bo nadaje naprawdę sens życiu" stwierdza Grzegorz Markowski w promującym najnowsze wydawnictwo wywiadzie, przeprowadzonym przez Piotra Metza. Pozostaje życzyć muzykom trwania w tym uzależnieniu.

Ocena 8/10

Recenzja publikowana była wcześniej w serwisie Magazynu Gitarzysta - tutaj

piątek, 19 lutego 2016

Oil Stains - Here Comes My Train - recenzja


Lemmy Kilmister w swojej autobiografii, tak wspominał zachowania różnych osób: (…) podchodzą do mnie i mówią: "Byliście naprawdę świetni!” Co ja na to? „Naprawdę” – mówię. – „Skoro byliśmy tacy świetni, to czemu przestałeś nas słuchać po 1980 roku?” Naprawdę tego nie rozumiem. Wiecie jaką zwykle słyszę odpowiedź? „Bo się ożeniłem!” Ludzie są naprawdę popierdoleni.*

Przytaczam ten cytat, dlatego że grupa Oil Stains wydała niedawno szczery rockowy album, którego słuchać będzie można latami i to bez względu na stan cywilny.



Otwierający krążek utwór “Girl With The Crown” właściwie doskonale oddaje charakter całości: brudny, przeciążony blues, znane, lecz prezentowane ze świeżością i witalnością riffy, zagrywki i chwyty, zestawione z interesującym wokalem. Oczywiście, na debiucie grupy, którą tworzą Sebastian Strycharczuk (perkusja i wokal) oraz Maciej Sztyma (gitara) odnajdziemy wiele inspiracji Zeppelinami czy The Doors, jednak te 11 kompozycji zebranych na albumie „Here Comes My Train” dryfuje w rozmaite rejony, raz bliżej im do The Black Keys, innym zaś razem kierują się w stronę Danzig czy wręcz stonerowego grania. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że zespół tworzy tylko dwóch muzyków - to znany, choć nieczęsto spotykany koncept (ostatnimi czasy znakomicie radzi sobie w świecie choćby brytyjski duet Royal Blood), w przypadku Oil Stains zwraca uwagę szczególnie perkusista pełniący również rolę wokalisty – ciekawe rozwiązanie na polskim rynku muzycznym.

Co do samego albumu – usłyszymy tu sporo dobrej muzyki - drive w „Heroine”, matematyczną wręcz precyzję w „Matematyku”, doorsowy klimat w „She Loves To Ride”, nieco wolniejszy i balladowy nastrój w „Oh Girl” - dość typowo, ale ciekawie. W utworze tytułowym uwagę zwraca, przede wszystkim wokal, kojarzący się z wielkim, jedynym i niepowtarzalnym stylem Jima Morrisona – panowie z Oil Stains nie brną jednak ślepo w naśladownictwo The Doors, dodają do charakterystycznej melodeklamacji mocne brzmienie gitary i ciężar perkusji, stopniowo wypracowując indywidualny sound. Płytę zamyka znakomita kompozycja „When The Leaves Fall Down”. To dojrzała i przemyślana muzyka, nadająca się zarówno do podróży, jak i niedzielnych, postimprezowych rozmyślań nad życiem. Zresztą wiele z uniwersalnych życiowych motywów pojawia się w tekstach grupy – kobiety, podróże, miłość czy używki. Docenić należy też skromne, choć graficznie spójne z muzyką zawartą na płycie – wydawnictwo z doskonałą, gustowną okładką. Minimalizm w grafice i muzyce popłaca. Oil Stains – kolejne ciekawe zjawisko muzyczne na polskiej scenie rockowej, oby zostało odkryte i należycie docenione.

8/10

Jakub Kosek


(Bardzo dobre granie... i wideo oczywiście)



Oil Stains
Here Comes My Train
Rok: 2015
Buli Records
Fot. Materiały prasowe.

I. Kilmister, J. Garza, Lemmy autobiografia – Biała gorączka, przeł. J. Szubrycht, Poznań 2007, s. 233.