Właśnie ukazał się teledysk do utworu "When The Sky Comes Looking For You" z ostatniej płyty Motörhead - Bad Magic. Klasyczne motywy: karty, as pikowy, tatuaże, Jack Daniels w połączeniu z ironicznymi i surrealistycznymi elementami podbite świetnym, energicznym rock'n'rollem = kolejne udane wideo Motörhead.
Wspomnianym utworem panowie promują także płytę Bad Magic na obecnej trasie koncertowej:
Odszedł znakomity perkusista. Z grupą Motörhead nagrał świetne albumy: On Parole, Motörhead, Overkill, Bomber, Ace of Spades, No Sleep 'til Hammersmith, Iron Fist, Another Perfect Day, Rock 'n' Roll, 1916, March ör Die. Jego poczucie humoru, sposób gry, instrumentalny drive i oryginalny wizerunek, który inspirował rzesze rockowych i punkowych fanów - zapiszą się na zawsze w historii rocka.
(źródło: www.facebook.com)
Wspominając Phila, poza oczywiście przesłuchaniem muzyki, którą stworzył - warto zajrzeć do autobiografii Lemmy'ego - znaleźć tam można wiele ciekawych historii opowiedzianych z perspektywy Kilmistera:
Phil przez kilka miesięcy występował jako Phil „Niebezpieczny" Taylor, ale choć był to trafny pseudonim - ten koleś był niebezpieczny przede wszystkim dla siebie! - nie przyjął się. Motocyklowa Irena nadała mu imię Philthy Animal, a że była wtedy jego kobietą, musiała wiedzieć, o czym mówi. (I. Kilmister, J. Garza, Lemmy autobiografia – Biała gorączka, przeł. J. Szubrycht, Poznań 2007.)
Dawno temu na jednym ze studenckich portali internetowych zamieściłem kilka tekstów. Jako, że portal już nie istnieje, a artykuły przepadły - postanowiłem wskrzesić kilka z nich i opublikować w tym miejscu. Jako pierwszą prezentuję recenzję debiutanckiej płyty grupy Gomor, tekst został napisany na początku 2013r.:
Recenzja:
Gomor - Apocalyptic Rise – recenzja:
Słynna anegdota w świecie rock’n’rolla brzmi: kto wygrałby pojedynek wrestling, Lemmy czy Bóg? Lemmy! – Źle. Bóg! – Źle. Odpowiedź – Lemmy jest Bogiem!mW Polsce odnalazło się, zatem Dziecko Boże! Myślę tu o niejakim Compassie, lead – vocalu (charku) w Gomorze. Ich debiutancki album ukazał się 20.10.2012r. - nie było o nim głośno, a szkoda. Wiadomo, trudno wymagać, żeby pięciu gości, tworzących ten band od razu dostało zaproszenie do zagrania w finale "American Idol". Pewnie nawet by sobie tego nie życzyli (chyba, że Lemmy siedziałby w jury, tyle że wtedy program nazywałby się raczej American Bastard albo X- Motherfucker - to byłby zarąbisty program!).
Dość tych marzeń, zejdźmy na ojczystą glebę i powróćmy do muzyki, a właściwie do nazwy grupy. Wszechmogący Lemmy stwierdził w swojej autobiografii, że wierzy w zespoły, które mają nazwy jednowyrazowe, bo łatwo je zapamiętać. Ten warunek Gomor spełnia, choć szczerze mnie dziwi, że graficznie to jednak nie Gomör. Muzyków przedstawiać nie będę, zrobią to sami na koncercie, a zainteresowanych odsyłam na Facebooka (link).
Każdy, kto próbował coverować utwory Motörhead chyba zdał sobie sprawę, że nie jest to zadanie łatwe. Szczerze mówiąc, nigdy nie słyszałem dobrego coveru Motöra. Wszystkie są siłowe, sztuczne, nieautentyczne i nieudolne. Dlaczego? Bo to nie jest dobry zespół do coverowania i tyle. Oczywiście fani ucieszą się ze zbliżonych do oryginału coverów i warto ich posłuchać, ale "twórczość" cover-bandów, jak np. niemieckiego ACES HIGH jest dla mnie, co najmniej komiczna, a upodabnianie się wszystkich muzyków do ‘oryginałów’ to przegięcie. Po tym wprowadzeniu – dziękuję Gomor, że nie ma na „Apocalyptic Rise” żadnego coveru. Dobrze, że macie swój naturalny image i wreszcie – świetnie, że nagraliście dobry album. Oczywiście, że kojarzy się z Motörhead, a z czym się ma kojarzyć, z zespołem Pstrokate Biedronki? Mocny, hipnotyczny otwieracz „Crazy Train” wprowadza nas do jaskini dźwięków Gomora. Tu i w wielu kolejnych utworach przepis na brzmienie jest podobny – szybkie zwrotki, masywne refreny, wyraziste, męskie solówki, techniczna, mordercza perkusja i ten anielski śpiew. Na wyróżnienie zasługuje, z pewnością „Rambler”, za rytmikę, tempo i fakt, że wpada w ucho. Poza tym świetnie brzmi „Crew From A Frozen Hell” - tu powala dynamika i włącza się syndrom Motöra, czyli ożywiające uczucie, przez które masz ochotę przebiec cały glob 973 razy, wypijając po drodze cysternę Danielsa. Ciężarem gitary i basu przytłacza zaś „Underworld” - adekwatnie dobrany tytuł. Świetny riff i piękne solo mamy w „Mountjoy Square”. Dostajemy też klasyczne, basowe otwarcie w „Medicinie Man”, a zamyka krążek rytmiczny i przebojowy „Like A Wolf”.
Skądś to wszystko znamy? Pewnie, że znamy, ale przecież tu nie chodziło o nagranie odkrywczego, przełomowego albumu. Tu w moim odczuciu chodziło o wykorzystanie istniejących już świetnych riffów, bogactwa klasyki hard rocka; czerpanie z tej rockowej studni; inspirowanie się mistrzami gatunku, przełożenie tego na nowe utwory i uderzenie w polski rynek muzyczny. Czekałem na taką płytę w Polsce. Dla wszystkich zainteresowanych krążkiem dwie rady techniczne przed odsłuchaniem. Odpalić katastrofalnie głośno, najlepiej na dobrym sprzęcie i katować kilkanaście razy – wejdzie. A sąsiedzi i niemowlęta niech się edukują muzycznie. Polecam!
Wielka wrzawa wśród "fanów" rocka, bo niemal siedemdziesięcioletni Lemmy Kilmister ostatnio przerwał dwa koncerty, które grał razem z Motörhead... Gówniarze siedzący przed laptopami albo młodziki z przystrzyżonymi bródkami, macając ekrany smartfonów wymądrzają się w tonie "trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść" - no chyba wiedział, skoro po zagraniu 3 utworów źle się poczuł i zszedł, nie? Dobra, już na poważnie - muzyk nie przerwał z powodu upojenia alkoholem, przesadzenia z narkotykami tylko z powodu nadszarpniętego zdrowia, które nie pozwala mu na taki wysiłek. Poza tym wrócił do fanów, przeprosił ich i pożegnał - zachował twarz, zrobił to z klasą.
Lemmy urodził się w 1945r., regularnie koncertuje i nagrywa albumy, niedawno dał świetny występ w Warszawie - autentycznie żyje muzyką - takich jak on została może garstka. Ci "komentatorzy", którzy najgłośniej szczekają na pewno w wieku 70. lat będą jeździć z rockowym bandem po całym świecie, śpiewać i grać bez zająknięcia. Na płycie Aftershock był taki bardzo dobry utwór "Silence When You Speak To Me" - niektórzy powinni go dokładnie przesłuchać. A na dziś, żeby było na czasie - Thunder & Lightning (taki mdły utwór gościa, który jest ikoną rocka, ostatnią płytą skopał tyłki wszystkim "metalowym" młodym kapelkom, ale przez to, że jest w sile wieku - powinien jechać do domu, założyć kapcie i pooglądać przy piwku mecz w tv):
Twórczość grupy Motörhead należy rozpatrywać na dwóch płaszczyznach, po pierwsze odnosząc kolejne - nowe albumy do tych już istniejących w dyskografii zespołu, po drugie - dokonując analizy danej płyty wyłącznie na szerokim tle, słowem - podejmując próbę odpowiedzi na pytania - jakie miejsce w kulturze rocka, w określonym czasie zajmuje konkretne wydawnictwo? Jaka jest jego wartość w przestrzeni rockowej? Wybierając pierwsze, "wewnętrzne" kryterium można bez trudu stwierdzić, że ekipa Lemmy'ego nagrywała już lepsze albumy - i nie myślę tu o (moim zdaniem "przereklamowanym", "przemitologizowanym") "Ace of Spades", ale o tak kapitalnych dziełach, jak "1916", "Bastards", "Inferno" czy "Aftershock" - to płyty wyśmienite - świetne okładki, bardzo dobre teksty, brzmienie i kompozycje. Oczywiście klasyczny okres Overkill/Bomber/Ace to kanon, ale niektórzy odbiorcy zachowują się, jakby nigdy nie słyszeli o innych albumach tej perfekcyjnej grupy. "Bad Magic" posiada wszystko to, za co fani kochają Motörhead - rock'n'roll ("Electricity", "When the Sky Comes Looking for You"), bezkompromisowe tempo ("Evil Eye"), ironiczne i dobitne teksty ("Tell Me Who To Kill"), potężne, chwytliwe refreny ("Thunder & Lightning"), mocarne riffy i gitarowe solówki ("Shoot Out All of Yours Lights", "The Devil", "Choking on Your Screams"), bluesowo-motörheadowe ballady ("Till the End"), niespodzianki ("Sympathy for the Devil"). Szczególnie warta uwagi jest wspomniana ballada - "Till the End" - piękna rzecz, inna niż wcześniejsze, klasycznie rockowa w przeciwieństwie do "bluesujących" "Dust & Glass" i "Lost Woman Blues" z Aftershock czy akustycznie opakowanych "Whorehouse Blues" (z "Inferno"), "God Was Never On Your Side" ("Kiss Of Death"), "Don't Let Daddy Kiss Me" ("Bastards"). Genialnie brzmi "The Devil" - znakomity riff + gościnny udział doktora Briana Maya. Dobre wrażenie wywiera także lekko żartobliwy cover przeboju Stonesów - dla kolekcjonerów coverów i sympatyków przeróbek znanych standardów przez Motörhead - rzecz cenna i warta uwagi - osobiście zawsze wolałem barwę Kilmistera niż Jaggera - panie raczej się nie zgodzą. Zatem, jeśli spojrzeć na "Bad Magic" w kontekście całej dyskografii Motörhead umiejscowiłbym ten album oczko niżej niż wspomniane wyżej fenomenalne płyty z dwóch powodów - rozmieszczenie i masywność utworów może sprawiać wrażenie monotonii (choć dla wielu będzie to zaleta tego ciężkiego materiału); druga sprawa to okładka - jest w porządku, choć niestety przypomina trochę brzydszą siostrę "Bastards".
Jeśli natomiast odnieść "Bad Magic" do współczesnej sceny rockowej to jest to album znakomity: dialog z tradycją rock'n'rolla (m.in."Electricity"), uniwersalność haseł w tekstach utworów, symbolika i interesujący zestaw motywów (m.in. w "Till the End"), reinterpretacja klasyki ("Sympathy"), prostota i szczerość wykonania charakterystyczna dla uprawianego gatunku; indywidualny, wypracowany przez lata sound, wreszcie słyszalne w muzyce - doświadczenie świetnych, autentycznych muzyków, którzy chcą tworzyć do upadłego.
"Bad Magic" - zła magia, bardzo dobry album, pierwszorzędny zespół. I jeszcze słowo od klasyka: If you don't like it…fuck off!
9/10
Bad Magic Rok wydania: 2015 Wydawca: UDR Music www.imotorhead.com